• Wirtualny spacer po Strefie Historii
  • Idzie sobie Grześ...
  • SH
  • Slajd Wirtualny Spacer
  • Załatw sprawę w Urzędzie
  • Schronisko w Krzesimowie
  • Schronisko w Krzesimowie
  • rodzinka
  • Repertuar
  • Zdrowy Świdnik

Joanna Pąk

Mieszkanka Świdnika, absolwentka pedagogiki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od urodzenia jest osobą niepełnosprawną, choruje na porażenie mózgowe. Mimo dużych ograniczeń manualnych nauczyła się pisać prawą stopą. Wiersze pisze od V klasy Szkoły Podstawowej. Pisząc swoje utwory stara się w nich ukazać wartość drugiego człowieka, głębię własnej duszy i wielkość ludzkich uczuć. Wydała 9 tomików wierszy.


15 czerwca 2018 r.

Klasy integracyjne

XX wiek przyniósł nam wielkie zmiany dzięki odkryciom w wielu dziedzinach nauki. Udowodniono m.in. że dzieci niepełnosprawne lepiej funkcjonują, gdy przebywają w grupie rówieśników. Tak więc w 1990 roku zaczęły powstawać przedszkola oraz klasy integracyjne w Szkołach Podstawowych. Częściowo odstąpiono od nauczania indywidualnego, które izolowało niepełnosprawne dziecko od reszty społeczeństwa.

Szansa na akceptację i wrażliwość?

Zapisując dziecko chore do klasy integracyjnej rodzic liczy na zrozumienie „inności” swojego dziecka przez zdrowych uczniów, liczy także na pomoc edukacyjną z ich strony. Natomiast rodzice dzieci zdrowych, które do tej klasy mają uczęszczać są przekonani, że ich pociecha nauczy się wrażliwości, koleżeństwa dziecka, które ma fizyczne lub psychiczne deficyty rozwojowe. Czy rzeczywiście spełnią się oczekiwania rodziców?

Z autopsji wiem, że w klasach integracyjnych także tworzą się grupy rówieśnicze. Do tych małych 5-8 - osobowych należą dzieci, mające lepiej sytuowanych rodziców, otrzymujące dobre oceny oraz pasujące fizjonomią do reszty grupy. Pozostali uczniowie są neutralni tzn. wolą nie reagować na to zjawisko, a tym bardziej nie zwracają uwagi na dzieci z niepełnosprawnością.

Urodziny bez Alicji

Alicja ma problem z wypowiadaniem niektórych wyrazów. Uczęszcza do klasy integracyjnej. Mimo to jest zawsze pomijana na liście urodzinowych gości. Zastanawiam się, czy brak akceptacji tego dziecka jest winą, która leży po stronie szkoły czy rodziców? Uważam, że wszyscy po trochu mają swój wkład w takie, a nie inne traktowanie dziewczynki z alalią. Uwrażliwianie dziecka na różne zdrowotne deficyty powinno rozpocząć się już w domu. Szkoła ma być tylko dopełnieniem w tej kwestii. Nauczyciel mający 20 - osobową grupę uczniów nie jest w stanie zorientować się, jak dzieci integrują się poza terenem szkoły. Ma natomiast obowiązek obserwowania uczniów, jak zachowują się w stosunku do ich słabszych rówieśników, a w razie konieczności reagować, tłumacząc że mimo niedyspozycji koleżanka lub kolega jest takim samym jak oni dzieckiem, mającym prawo do spotykania się w gronie przyjaciół. Taki jest m.in. cel tworzenia klas integracyjnych.


13 czerwca 2018 r.

Blask obrączki

Co dla wielu z nas znaczy przysięga małżeńska wypowiadana przed ołtarzem w dniu ślubu dwojga kochających się osób. Dla jednych jest to zwykła formułka, wypowiedziana pośpiesznie w obecności księdza i licznie zgromadzonych gości, dla drugich jest obowiązującą obietnicą, płynącą z serca, lojalnym obowiązkiem opieki nad drugą osobą.

Cały ten blichtr

Iwona i Krzysztof poznali się przez Internet. Mieszkali w jednym mieście, a więc łatwiej było się spotkać, poznawać wady i zalety partnera, chodzili ze sobą kilka lat. Spędzali każde wolne popołudnie, wakacje i święta. Byli dla siebie wsparciem w trudnych chwilach. Decyzja o ślubie dojrzewała w nich stopniowo, aż wreszcie nadszedł ten upragniony dzień. Wszystko dopięte na przysłowiowy ostatni guzik. Iwona w bieli, Krzysztof w smokingu stanęli przy ołtarzu, by ślubować sobie miłość, aż po grób. Oprawa wesela godna książęcej pary. Wesele minęło szybko. Zaczęła się szara rzeczywistość. Start jak na dzisiejsze czasy mieli wymarzony: mieszkanie z wyposażeniem, które systematycznie uzupełniali płacąc za nie z weselnych środków, które otrzymali od hojnych gości. Przez pół roku była sielanka: wspólne wyjazdy nad jeziora, wyjazdy na rodzinne święta, wypady do znajomych. Potem zaczęło się wszystko zmieniać. Krzysztof wychodził na spotkania z kolegami i wracał późno w nocy. Iwona już nie czekała na niego z kolacjami. Najpierw ukrywała to przed rodziną, a potem już nie musiała. Rodzice sami się domyślili, że w małżeństwie młodych coś się nie układa. Pewnego wieczoru Iwona stanęła w progu rodzinnego domu z podbitym okiem. Zamieszkała ponownie w maleńkim pokoiku, ale już spokojniejsza… rozprawa rozwodowa trwała krótko. Tylko obrączka została, jej wspomnienie po nieudanym małżeństwie. Obrączka - symbol miłości - straciła blask, zgasła jak iskra zalana wodą, w jej przypadku wodą niezrozumienia przez drugą osobę. Okaleczone serce nadal krwawi.

Miłość aż po grób?

Kasia i Kornel byli narzeczeńską parą dość krótko. Szybko zdecydowali się na małżeństwo. Żyli ze sobą dziesięć lat z czego połowa to wędrówki Kasi po szpitalach i sanatoriach. W tym czasie urodziła synka. To dla niego walczyła ze straszną chorobą. Kornel pracował, a po pracy biegł do kuchni, aby ugotować obiad na następny dzień, prał, zajmował się kilkuletnim dzieckiem. Nosił Kasię na rękach, kiedy nie mogła sama utrzymać się na nogach. Pięć lat nierównej walki zakończyło się odejściem Kasi do lepszego świata. Ona już nie cierpi. A oni? Synek na grób mamy przynosi zapalone znicze, a na palcu Kornela płonie nadal oślepiającym blaskiem obrączka - symbol miłości.


5 czerwca 2018 r.

Przeznaczeni sobie

Jedni mówią, że kocha się raz. Drudzy przekonują, że każda miłość jest pierwsza… kto ma rację? A może ci, którzy twierdzą, iż stara miłość nie rdzewieje? Po przejściach życiowych odważyli się powrócić do siebie i pokochać mocniej, dojrzałym uczuciem.

Rozstajne drogi

Poznali się w liceum. Pokochali miłością pierwszą, gorącą. Spotykali się codziennie. Mieli wspólne marzenia i plany. Wierzyli, że nikt i nic nie jest w stanie ich rozdzielić. A jednak po maturze ich drogi się rozeszły. Myśleli, że tylko na chwilę, na czas studiów. Uczucie powoli wygasało… zostało tłumione odległością, rzadszymi spotkaniami, aż wreszcie poznaniem nowych sympatii, które stały się drugimi połówkami. Założyli nowe rodziny. Na pozór wszystko układało się poprawnie: nowe mieszkania, dzieci, ciepłe obiadki, romantyczne kolacje. Jedynie sny przypominały tą dawną ukochaną twarz, przenosiły do ogrodu spełnień. Poranki drażniły końcem marzeń sennych, ulotnością tego co było, a nie wróci. Czyżby?

Ponowne spotkanie

Ponownie spotkali się na jubileuszu szkoły, do której przed laty uczęszczali.. Od razu ją zobaczył. Ten sam uśmiech i figlarny błysk w oczach. Wiedział, że teraz nie może jej stracić. Podszedł i… już został. Rozmawiali długo, opowiadali sobie swoje życie. Oboje po przejściach. Niemożliwie samotni i spragnieni siebie. Wiedzieli, że to spotkanie nie jest przypadkowe. Zrozumieli swoje przeznaczenie. Są dla siebie stworzeni. Nie mogli zaprzepaścić kolejnej szansy rzuconej im przez los. Po kilku miesiącach zamieszkali razem. Cieszą się każdym porankiem, wschodem i zachodem słońca. Lubią morze i wędrówki wśród fal. Każdy dzień niesie im nową przygodę. Odwiedzają egzotyczne kraje, ale także cieszą się na widok naszych polskich kwiatów rosnących na polach Lubelszczyzny. Na pytanie czy warto było czekać na siebie ponad trzydzieści lat odpowiadają zgodnie: „Tak!” Chcą być razem do końca swoich dni. Wierzę, że tak się stanie, bo łączy ich miłość, która przetrwała próbę czasu, długiego czasu.


A może na lody?

Od paru tygodni przez Polskę przechodzi strefa upałów. Nasze organizmy nie są przystosowane do takiej pogody. Aby się ochłodzić wyjeżdżamy nad jeziora, korzystamy z basenu, pijemy dużo wody i chodzimy oczywiście na lody.

W uroczej kawiarence

Ze względu na swoje fizyczne ograniczenia nie zawsze mogę pójść na basen czy pojechać nad jezioro. Jednak zawsze mogę zaprosić przyjaciół na lody. Tak też było pewnego majowego popołudnia. Wybrałam się z koleżanką do kawiarni. Wybrałyśmy stolik w zaciszu lokalu. Pozostało zamówić deser. Oczywiście lody! Koniecznie w szklanych pucharkach, tak jak zawsze… nasze zdziwienie nie miało granic, kiedy usłyszałyśmy, że możemy dostać lody, ale tylko w wafelkach. Cóż za reforma? Do tej pory nie było problemu w czym klient zażyczył sobie podanie deseru. Pani ekspedientka widziała mnie i to, w jakim jestem stanie. Ogólnie wiadomo, że osoba, która karmi drugą osobę (a tak było w naszym przypadku) będzie jeść loda wolniej. Lód się roztopi i z całej „przyjemności” pozostanie niesmak.

Pucharki warte życia

Kontynuując dysputę z ekspedientką koleżanka usłyszała: „dobrze, podam paniom lody w pucharkach, ale jak wróci szefowa to mnie zabije, gdy to zobaczy”. Doceniam odwagę pani sprzedawczyni, ponieważ ryzykując własnym życiem podała nam lody w wyproszonych pucharkach. Jadłyśmy ten lodowy deser zerkając, czy aby nie nadchodzi owa groźna szefowa z… gromami w oczach. Nie nadeszła! Przeżyłyśmy! Jednak lody jedzone w pośpiechu, ze strachem nie smakowały tak, jak dawniej. Nie spożywałyśmy ich ze smakiem i przyjemnością lecz z lękiem obawiając się, że nadejdzie szefowa z groźną miną.

Podczas konsumpcji lodów zastanawiałyśmy się, dlaczego w tej kawiarni zaszły takie zmiany? Być może, że chodzi o oszczędność wody w lokalach. Jednak są to tylko nasze spekulacje. Wiem, że jestem klientką wymagającą, ale nie jest to mój kaprys lecz stan chorobowy, który jest przecież widoczny na zewnątrz. Czy umycie dwóch pucharków opo lodach naraziło by kawiarnię na kolosalne straty?


Akceleracja świata

Będąc w gronie znajomych bardzo często zastanawiamy się nad szybszym niż dotychczas upływem czasu, szybszym dojrzewaniem, dzieci, roślin i całej przyrody. Ciągłe zabieganie daje poczucie skracania się doby i co za tym idzie mniej czasu na odpoczynek.

Przyśpieszony rozwój nie tylko u dzieci

Będąc na studiach pedagogicznych dużo czytałam o akceleracji czyli o międzypokoleniowym przyspieszeniu rozwoju i dojrzewania. Myślałam wtedy, że ten proces dotyczy wyłącznie dzieci, młodzieży, mówiąc ogólnie: ssaków. Obserwując teraźniejszy świat zmieniłam zdanie. Akceleracja dotyczy nie tylko ludzi lecz także przyrody.

Na skróty

Obecny czas pokazuje jak bardzo przyśpieszony jest proces rozwijania się wiosną drzew i krzewów. Wcześniej zakwitają kwiaty, które powinny zakwitać w maju. Bzy w tym roku bardzo się pośpieszyły odurzając nas zapachem już przy końcu kwietnia. Podobnie było z niezapominajkami, hiacyntami i tulipanami. Akacje zwykle kwitły pod koniec czerwca zapowiadając, że niedługo rozpocznie się wakacyjny okres. Teraz białe kiście kwiatów akacji wiatr zamiata po ulicach. Wcześniej też zakwitły jaśminy. Tylko kasztanowce rozkwitły - jak zawsze - na czas matur. One jedne są niezawodne. Z uwagą patrzę na miododajne lipy, które mają już pączki kwiatów. Ich kwitnienie też rozpocznie się wcześniej niż o stałej lipcowej porze.

Kapryśna aura

Mimo, że wiosna w tym roku szła do nas powolnymi kroczkami mamy już truskawki i czereśnie. Aura przyśpiesza procesy dojrzewania owoców i warzyw. Sprawia to ocieplenie klimatu, które odbywa się nie bez ingerencji człowieka. Z czterech pór roku wyodrębnia się teraz dwie: lato i zimę. Wiosna jest tylko astronomiczna, ponieważ temperatury powietrza są znacznie wyższe niż w poprzednich latach. Upały w maju nie są już rzadkością. Jesień również gdzieś zanika w naszym klimacie. Podobnie jest w zimie. Nie ma siarczystych mrozów, a jeżeli słupek rtęci spada do - 8 stopni C meteorolodzy zapowiadają duże ochłodzenie. Jak widzimy aura również przyśpiesza kroku. Ludzie też gonią, czas goni, ale tylko nieliczni pytają: za czym biegniemy i dlaczego?


24 maja 2018 r.

Głupi żart czy dyskryminacja?

Co jakiś czas słyszymy o zaginięciu wózka inwalidzkiego lub samochodu należącego do osoby niepełnosprawnej. Trudno wyobrazić sobie, jak sprawca czynu mógł się do tego dopuścić. Brak wózka można porównać do braku nóg u zdrowego człowieka. Przykre, że tylko niepełnosprawne osoby mają taką wyobraźnię, tak to czują.

Spełnione marzenie

Aga jest piękną młodą kobietą, poruszającą się od wielu lat na elektrycznym wózku inwalidzkim. Ma wyższe wykształcenie ze stopniem magistra prawa. Pracuje. Jej marzeniem było dostać oddzielne mieszkanie, bo ile lat można mieszkać przy rodzinie i na dodatek na piętrze?! Po kilkuletnich staraniach Aga otrzymała na parterze wymarzone własne M w spokojnej dzielnicy Lublina. Przeprowadziła się, urządzała powoli swoje małe, ale własne mieszkanko. Powoli się usamodzielniała. Pełna optymizmu pojechała do Ciechocinka na rehabilitację i wypoczynek. Wzięła ze sobą wózek manualny, lepiej nadający się do dalekich podróży. Nad domem Agnieszki czuwała jej siostra. Jakież było jej zdziwienie gdy pewnego poranka nie znalazła wózka pod drzwiami. Na początku myślała, że ktoś zrobił psikusa chowając pojazd. Po przeszukaniu korytarzy okazało się, że jednak wózek został skradziony. Rodzina zawiadomiła policję. Spisano protokół, nagłośniono sprawę. Internauci szaleli z oburzenia. Powiadomiona o kradzieży Agnieszka była zrozpaczona.. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że elektryczny wózek inwalidzki kosztuje tyle, co dobry samochód.

Bezcenna zguba Agnieszki znalazła się dopiero na trzeci dzień. Złodziej odstawił wózek tam, skąd go zabrał. Trzy dni nerwówki, trzy dni pytań: dlaczego i po co? Tego co przeżyła Aga nikt nie wie, tylko ona… z dala od domu, nie wiedząc, jaki będzie finał całej tej sprawy. Wiedziała jedno: po powrocie z urlopu musi w jakiś sposób dojeżdżać do pracy. Ale jak?

Psikus czy coś innego?

Gdy opadły emocje, zaczęliśmy zastanawiać się o przyczynę tego haniebnego czynu. Głupi, nieprzemyślany żart, chęć zysku czy dyskryminacja? Cokolwiek kierowało umysłem i rękami złodzieja było to bardzo karygodne. Gdyby nie akcja z nagłośnieniem kradzieży nie wiadomo, gdzie skończył by wózek Agnieszki.


15 maja 2018 r.

Szkolna rewia mody

Czasy uczniowskich fartuszków i mundurków odeszły już do lamusa. W szkole zrobiło się barwnie od modnych sukienek i koszul na zadbanych sylwetkach młodzieży. Zwolennicy szkolnych fartuszków ubolewają nad widoczną różnicą w ubiorze, przeciwnicy z dumą nakładają markowe ciuszki.

„Jej na to nie stać!”

Codziennie chodząc na spacery mijam dwie szkoły. Czasami spotykam rozmawiających uczniów podczas przerwy i wtedy do ucha wpadają urywki rozmów o przerabianym materiale szkolnym, o stopniach, które spędzają im sen z oczu lub o trendach mody. Jedna z takich rozmów zapadła mi głęboko w serce. Dziewczyny rozmawiały o modnych torebkach. Właściwie było to jedno zdanie o ich niżej sytuowanej koleżance:

- Jej nie stać na taką torebkę, bo jest za biedna - powiedziała z ironią w głosie jedna z dziewczyn tych lepiej sytuowanych. Należy dodać, że słowa padły w obecności tej biedniej ubranej koleżanki.

Zastanawiam się, jak mogła poczuć się adresatka tego stwierdzenia? Wstyd, upokorzenie, czy są to odczucia adekwatne do opisanej sytuacji? Tego nie wie nikt tylko ta dziewczynka.

Kto na to pracuje?

Przykro stwierdzić, że w klasach wczesnoszkolnych istnieje podział na biednych i bogatych. Tym bardziej, iż dzieci nie mają żadnego wpływu na status społeczny i majątkowy domowników. Jak wiadomo, dzieci otrzymują wszystko od rodziców. Pozycja zawodowa też nie jest dana raz na zawsze. Niekiedy może być tak, że rodzić „bogatego” dziecka może stracić pracę lub ulec wypadkowi. Czy w obliczu takiej zmiany pociecha zrozumie, że trzeba będzie zaoszczędzić na markowych fatałaszkach?

O tych wszystkich sprawach trzeba z dziećmi rozmawiać w szkole i w domu. Uświadamianie młodych ludzi jest konieczne, aby nikt nikogo nie upokarzał. Świadomość tego, że nie liczy się tylko zewnętrzny da naszym pociechom więcej szacunku i zrozumienia dla tych, u których w domu się nie przelewa, ale za to może mają zakorzenione piękne wartości wewnętrzne.


14 maja 2018 r.

Kontrowersyjny protest

Od 18 kwietnia bieżącego roku w Sejmie trwa protest opiekunów i ich dorosłych dzieci niepełnosprawnych. Zdesperowani brakiem środków do życia chorzy ludzie koczują przez wiele tygodni na sejmowym korytarzu. Odwiedziło ich kilka znaczących osób zajmujących wysokie stanowiska w rządzie. Niestety, do chwili obecnej nie uzyskano kompromisu dla wymaganych postulatów.

O co chodzi?

Oto co czytamy na portalach informacyjnych:

Komitet Protestacyjny Rodziców Osób Niepełnosprawnych występuje m.in. z postulatem wprowadzenia dodatku rehabilitacyjnego w kwocie 500 złotych miesięcznie, bez kryterium dochodowego.

Poza tym protestujący domagają się podwyżki dodatku pielęgnacyjnego, który nie podlegał waloryzacji od 12 lat.

To nie dużo i aż tak wiele. Wiele dla tych, którzy nie zajmują się niepełnosprawnym dzieckiem lub niesprawną dorosłą osobą. Przez 12 lat zasiłek pielęgnacyjny nie podlegał rewaloryzacji, renta socjalna waloryzowana była w niewielkim stopniu, a ceny utrzymania rosły. Przez ten okres żadna partia polityczna nie pamiętała o swoich przedwyborczych obietnicach dotyczących wsparcia osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Dwie prawdy

Protest w tej sprawie jest poniekąd słuszny, ponieważ każdy ma prawo domagać się od państwa poprawy bytu zwłaszcza, że w Konstytucji RP jest zapis o państwie opiekuńczym. Jednak tylko nieliczni widzą trud rodziców niepełnosprawnych dzieci i osób dorosłych zmagających się z cierpieniem oraz ich codziennymi potrzebami, aby chociaż w minimalnym stopniu ten ból złagodzić. Niestety, to wszystko kosztuje lub podlega tylko częściowej refundacji. Niewielu też dostrzega, że rodzic musi być dyspozycyjny przez 24 h na dobę, bez możliwości skorzystania z urlopu wypoczynkowego w celu podreperowania własnego zdrowia.

Jednak czy warto przez tyle dni narażać własne dzieci na spartańskie warunki w sejmowym korytarzu celem uzyskania tego, co zdaniem pani minister Elżbiety Rafalskiej na chwilę obecną jest trudne do zrealizowania? Może trzeba zaufać tym, którzy obiecują natychmiastową poprawę kwestii finansowej dla osób niepełnosprawnych oraz cierpliwie zaczekać na etapowe wdrażanie w życie nowych uchwał? Kompromis to piękne słowo lecz zbyt rzadko przez nas używane.


26 kwietnia 2018 r.

Świdnik dla Autyzmu

Mija kolejny kwiecień, drugi w kolorze niebieskim w naszym mieście. Błękitna barwa jest znakiem rozpoznawczym ludzi cierpiących na schorzenie zwane autyzmem. Na znak solidarności z tymi osobami Świdnik przybrał barwy lazurowego nieba.

To nie choroba

Autyzm nie jest chorobą. Jest to schorzenie, które można zdiagnozować już po paru miesiącach życia dziecka. Jest to zaburzenie w obrębie mózgu, dotyczące nieprawidłowości przetwarzania bodźców sensorycznych czyli zmysłów. Dziecko inaczej postrzega otaczający je świat: nadwrażliwość na dotyk, światło, kontakt z ludźmi też może mieć utrudniony, często postrzega ich jako kogoś, kto stanowi zagrożenie. Z tego powodu często krzyczy, płacze, ma skłonności do autoagresji. Jednoznaczna przyczyna autyzmu nie jest znana. Wiadomo tylko, że u każdego dziecka może wystąpić inny zestaw czynników powodujących to schorzenie. Dziecko z autyzmem nie jest rozumiane przez społeczeństwo. Mimo że wyróżnia się inteligencją nie potrafi poradzić sobie z podstawowymi czynnościami życiowymi. Nie jest to zaburzenie umysłowe, jednak dziecko z tym schorzeniem nie może wyrazić swoich potrzeb. Uchodzi za ekscentryka. Nie lubi zmian, kieruje się znanymi tylko sobie schematami. Aby dotrzeć do jego specyficznego świata trzeba je poznawać nieustannie i z nim pracować. Wychodząc naprzeciw włączenia tych dzieci w społeczeństwo miesiąc kwiecień jest poświęcony właśnie osobom z autyzmem, by uwrażliwić zdrowych ludzi na specyfikę zachowań osób z tym schorzeniem.

Niebieskie kolory

Nasze miasto właśnie w miesiącu kwietniu przybrało barwę niezapominajek. W Centrum można było zobaczyć ustawione transparenty i marsze uliczne skupiające osoby z autyzmem, ich opiekunów i sympatyków. Na zakończenie tych obchodów Centrum Kultury w Świdniku i Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci zorganizowali II Koncert „Świdniccy Artyści dla Autyzmu”. Uroczysta impreza odbyła się w sali kameralnej MOK - 20 kwietnia 2018 roku. Wieczór obfitował w muzyczną wędrówkę przez pokolenia, a przewodnikami po tej drodze byli nasi rodzimi artyści m.in: Kamila Krzeszowiec, Edyta Nigro, chór „Salwe Regis”, grupa wokalna „Ach to My” oraz wielu innych wspaniałych artystów pochodzących z naszego miasta. W przerwach między muzyczną duchową ucztą przybliżane były uczestnikom spotkania informacje o autyzmie oraz o Zespole Aspergera czyli lżejszej postaci tego schorzenia. Celem Koncertu i całego kulturalnego przedsięwzięcia było to, aby rozumieć zachowania osób, które są zamknięte w swoim świecie, aby pomóc im funkcjonować i żyć wśród nas. Myślę, że się to udało.


21 kwietnia 2018 r.

Ludzie ludziom

Gdziekolwiek jestem poza Świdnikiem mówię, że moje miasto jest dostępne dla wszystkich. Mam tu na myśli osoby starsze, niepełnosprawne i matki z dziećmi w wózeczkach. Nie jest to blef, gdyż rzeczywiście władze miasta w ostatnich latach zrobiły bardzo dużo, aby wszystkim mieszkańcom żyło się w naszym mieście wygodnie i bezpiecznie.

Podjazd dla rowerów?

Niezbyt często chodzę do lekarza, jednak przynajmniej raz w roku trzeba się przebadać. Jakież było moje zdziwienie, gdy przy jednej z przychodni na podjeździe zobaczyłam wypasiony rower! Trudno było ominąć ten jednoślad. Trzeba było go przestawić używając dużo siły, a jest to dodatkowe utrudnienie dla osoby prowadzącej osobę na wózku inwalidzkim lub wózek z małym dzieckiem.

Dorosły człowiek nie wie, do czego służy podjazd? Zastanawiam się, dlaczego ludzie ludziom rzucają kłody pod nogi? Jedni robią wszystko, aby ułatwić funkcjonowanie osobom niepełnosprawnym, a inni (nie myśląc) utrudniają i tak trudne życie. Brak wyobraźni niektórych ludzi budzi lęk w osobach z ograniczoną sprawnością, ponieważ mnie są pewni czy obiekt, do którego się sami wybierają będzie w danym momencie dla nich dostępny.

Obniżony krawężnik dla auta?

Bardzo często idąc ulicą widzę, że samochody stoją na obniżonych krawężnikach lub tuż przy zjazdach dla wózków. Niestety auta nie da się przesunąć, tak jak wyżej wspomnianego roweru. Pozostaje szukać innej drogi do domu, bardziej bezpiecznej, ale nie zawsze krótszej. Koło się zamyka. Jedni pracują nad ułatwieniem życia mieszkańcom miasta, a drudzy utrudniają przez swoją ograniczoną wyobraźnię. Dzięki takim osobom likwidacja barier architektonicznych nie spełnia swojej roli, a nawet traci funkcjonalność. Latem, gdy ładna pogoda kusi, aby wyjść z domu pomyślmy o innych, a nie tylko o tym, by nam było wygodniej zaparkować swój rower lub auto.


5 kwietnia 2018 r.

Inni wiedzą lepiej…

Temat mojego ubioru jest aktualny w każdym sezonie i powraca jak bumerang. Nie, nie jestem w modzie ekstrawagancka. Zawsze staram się ubierać zgodnie ze swoim gustem i aby ubranie nie krępowało moich ruchów. Niestety nie wszyscy to akceptują i pod pretekstem troski o moje zdrowie zwracają uwagę mojej mamie, że nieodpowiednio mnie ubiera.

Wiosna

Jak wiadomo wiosna nie jest w naszym klimacie pogodowo stabilna. Raz jest cieplej, a innym razem trzeba ubrać cieplejsze ubrania. Idąc z mamą na spacer wybieram te dni, które są słoneczne i bezwietrzne. Jestem ciepłolubna od urodzenia i tak będzie z pewnością do moich ostatnich dni. Wychodząc z domu zawsze ubieram się adekwatnie do pogody. Bardzo dziwi i irytuje mnie, gdy „troskliwi” przechodnie mówią mnie lub mojej mamie, że nie mam np. czapki lub chustki na głowie? Ta krytyka chociaż być może wynika z troski o moje zdrowie czyni mnie w oczach starszych pań lub panów bezwolną i nic nie wiedzącą istotą, która tylko je i pije o wyznaczonych porach dnia, a o samodzielnym wyborze ubrań nie ma zielonego pojęcia. A przecież wcale tak nie jest.

Lato

Plaża. Lubię czuć pod sobą gorący piasek, promienie słońca na sobie i otulenie ciała morskimi falami. W takiej sytuacji również podchodzą do mnie ludzie tak samo rozebrani z pytaniem, czy nie jest mi zimno lub gorąco. Co wtedy mam odpowiadać? Czuję, myślę, mam w co się ubrać, a więc gdybym chciała to założyłabym ubranie na kostium kąpielowy i chusteczkę na głowę. Inaczej przyjmuję troskę z ust mamy lub wolontariuszki. One mnie znają i nie dziwi mnie pytanie czy czegoś mi potrzeba. Przypadkowi przechodnie widzą, że nie jestem sama, a więc czuję się bezpiecznie, a swoim pytaniem o moje obecne samopoczucie urażają będących przy mnie opiekunów.

Jesień

Pluchy i deszcze są normą w naszym klimacie. Staram się unikać spacerów podczas brzydkiej pogody, jednak mam załatwienia, które nie mogą zaczekać, aż wyjrzy dla mnie promienne słońce. Wychodzę więc do lekarza na umówioną przed paroma miesiącami wizytę lub do urzędu – jestem pełnoprawnym człowiekiem i chcę sama być petentką. I znów muszę w drodze do zamierzonego celu wysłuchiwać głosów przechodzących ludzi: dlaczego wychodzę w taką brzydką pogodę i po co idę w taki deszcz? Czy mam obowiązek mówić nieznajomym w jakiej sprawie musiałam wyjść z domu? Ja nikogo o to nie pytam więc mnie też nikt nie powinien się dopytywać. Wyszłam, bo muszę, ot i cała tajemnica!

Zima

Zimą jest jeszcze gorzej. Przez cały rok chodzę bez czapki, ponieważ taką mam specyfikę choroby, że każde nakrycie głowy nie może utrzymać się na moich włosach – po prostu zsuwa się. i znów dociekliwi ludzie pytają wprost: czemu mama nie założyła ci czapeczki? Wrr!

- Gdyby mogła to założyła by mi kapelusz –odpowiedziałam jednej dociekliwej pani. Odeszła niezadowolona.

Po co o tym piszę? A no po to, aby powiedzieć, że to ja decyduję o moim ubiorze, nie moja mama. Jestem już dorosłą osobą i mogę podejmować samodzielne decyzje. Może ktoś to przeczyta i zrozumie.


5 kwietnia 2018 r.

Wiosna zbliża ludzi…

Nareszcie stopniały śniegi. Upragniona przez wszystkich wiosna wreszcie nadeszła. Jej powolne kroki widoczne były w kwiatach przebiśniegów i krokusów, które – podobnie jak ludzie – chciały przyśpieszyć jej nadejście. Po świątecznych anomaliach pogodowych wreszcie nadeszła, stopiła brudne śniegi, odsłaniając stosy śmieci, które leżały przykryte warstwą szarego puchu. Jednak wzrok bardziej przyciągają rozkwitłe kwiaty.

Wiosenny miszmasz

Przygrzewające słońce skusiło mnie do pierwszego w tym roku wyjścia na taras. Nie uczyniłam tego bez obaw, ale kto nie ryzykuje… ten w domu siedzi. A ja dłużej nie chciałam patrzeć się na cztery ściany pokoju więc nieśmiało wyszłam na moje „podwórko” tak znienawidzone przez moich sąsiadów. Ale ja je kocham. Jest ono dla mnie prawdziwym oknem na świat.

Siedząca w fotelu mogę obserwować ptaki zbierające materiał na budowę gniazd oraz samoloty lecące z ludźmi w daleką podróż. Wdycham świeży tlen dopóki nie zaparkuje samochód tuż pod moim balkonem… takie życie.

Tarasowi goście

Zauważyłam, że odkąd wychodzę na balkon częściej odwiedzają mnie znajomi, przechodzący obok mojego bloku idąc np. na zakupy lub na zwykły wiosenny spacer. Lubię gdy pukają w drzwi furtki prowadzącej na mój taras. Kontakt z drugim człowiekiem był i jest nadal dla mnie ważny, rozmowa napełnia mnie optymizmem na lepsze jutro, na lepszy świat. Wypita w towarzystwie herbata smakuje lepiej niż w samotności, a jeszcze gdy można się nią delektować na świeżym powietrzu to w moim przypadku jest po prostu spełnionym marzeniem. „Gość w dom, Bóg w dom” - mówi staropolskie przysłowie. W naszym domu jest ono dosłownie celebrowane. Jest to zasługa mamy. To ona proponuje gościom poczęstunek i najlepsze miejsca przy stole. Tak jest i tutaj na tarasie. Miło jest porozmawiać przy szklance dobrej herbaty zagryzając słodkim co nieco. Uwielbiam takie niespodziewane wizyty, choćby krótkie, ale jakże owocne w dyskusje luba samo spojrzenie w oczy, bycie razem nawet przez chwilę. Bo nic nie zastąpi obecności drugiego człowieka. Żadna książka nie jest ciekawsza od wnętrza bliskiej osoby. Wiosno trwaj!


29 marca 2018 r.

Świątecznie…

Zbliżają się święta Wielkanocne, najważniejsze w roku liturgicznym kościoła. Czy przygotowujemy się do nich duchowo, zgodnie z wyznawaną wiarą? Tłumy w sklepach temu zaprzeczają.

Slalom po marketach

Im dłużej robimy zakupy przedświąteczne tym więcej nam się przypomina o tym, czego nie kupiliśmy. Góra wędlin, mięs, słodyczy… nie zastanawiając się, czy to wszystko zjemy podczas dwudniowych świąt. Ważne jest, by pomyte były okna, aby lodówka była zapełniona, a stół uginał się od potraw. Jeszcze tylko poustawiać wiosenne akcenty (pomieszane w tym roku z zimową scenerią) i już będziemy mogli odpocząć w gronie rodziny.

Wkrótce jednak okazuje się, że nie wszyscy zaproszeni goście będą mogli nas odwiedzić z przyczyn tylko sobie wiadomych. Ci, którzy przybędą w nasze progi już od drzwi będą krzyczeć, że są najedzeni i jako dowód świątecznego obżarstwa wskazywać na wzdętą wątrobę.

Dzieci zazwyczaj mają teraz inne gusta w swoim jadłospisie niż cioci lub babci się wydawało. Czekoladowy zając nie jest wyprodukowany w preferowanej przez dziecko firmie. Cukrowy baranek (świąteczny akcent kupiony przez schorowaną babcię) okazał się zbyt twardy dla zębów rozpieszczonych wnucząt.

Czas dla siebie

Wszystko robimy z myślą o innych. A gdzie czas dla siebie? W święta powinniśmy odpocząć i przeżyć je duchowo. Zastanówmy się nad sensem i istotą życia. Nie ważne czy będą to rodzinne czy samotne święta. Najważniejszy jest odpoczynek ten fizyczny i ten duchowy. Wiosenne porządki można zrobić, gdy ta pora zagości u nas na dobre. Jak na razie padający śnieg za oknem nie sprzyja myciu okien. Warto więc ten czas wykorzystać na poprawienie swojego wyglądu zewnętrznego, np. odwiedzenie salonu kosmetycznego. Zewnętrzny imagine poprawia nastrój i pogodę ducha. Znajdźmy chwilę na modlitwę, kontemplację i odpowiednią na ten czas lekturę. Na pewno te czynności bardziej będą dla nas korzystne niż obolałe nogi.

Życzę więc spokoju i radości w byciu razem lub samym z sobą. Niech ten wielkanocny czas będzie przeżyty wiarą, że to co istotne nie mieści się w ziemskim wymiarze.


23 marca 2018 r.

Czarny Piątek

To już kolejny raz panie feministki wychodzą na ulice w ramach protestu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Temat delikatny, ponieważ każdy ma prawo żyć. Portale społecznościowe rozpuszczają wici, aby mobilizować kobiety do szturmu na Warszawę. 23 kwietnia 2018 roku ma być Czarnym Piątkiem. Panie ubrane w strój symbolizujący żałobę (tylko czyją?) pojadą na strajk , który ma na celu aprobatę aborcji m.in. chorych dzieci.

Sztuka wychowania

Informacje o Czarnym Piątku okraszone są ilustracjami typu: „Czy ktoś adoptował niepełnosprawne dziecko?” Autorzy takich informacji z pewnością oczekują przeczącej odpowiedzi internautów. I tu się mylą. Znam wiele rodzin, które zdecydowały się na adopcję chorego dziecka. Jak mówi jedna z adopcyjnych matek, że nie sztuką jest wychować zdrowe dziecko, sztuką jest wychować dziecko chore, dać mu rodzinne ciepło, którego zostało pozbawione przez odrzucenie biologicznej matki.

Krzyk gwoździem do trumny

Jak widzimy nie ma rzeczy niemożliwych pod warunkiem, że się tego bardzo chce. Obecne czasy skierowane są tylko na konsumpcję. Mówi się, że nasze Państwo nie jest państwem opiekuńczym. Nie do końca się z tym zgodzę. Jest wiele placówek, które pomagają osobom i rodzinom dysfunkcyjnym. Nie są to pieniądze bezpośrednio płynące do rączek lub na konto, ale dużo środków jest przekazywane na likwidację barier architektonicznych oraz zaspokajanie codziennych życiowych potrzeb. Każdy z nas ma inne oczekiwania, jeśli chodzi o finansowanie dzieci niepełnosprawnych. Nie ma też złotego środka na rozwiązanie problemu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Wiem, że każdy z nas ma sumienie i właśnie w tym sumieniu powinien rozważyć, czy ten piątkowy krzyk nie stanie się dla innych przysłowiowym gwoździem do trumny?

Upokorzenie

Śledząc codzienne informacje zastanawiam się, czego oczekują polskie kobiety? Czy są tylko biorczyniami oczekującymi spadających z nieba (lub innego miejsca) banknotów? A przecież w czasach PRL-u nikt nie przejmował się rodzinami wychowującymi niepełnosprawne dziecko. Nie było nawet takich instytucji, które pokryły by koszty leczenia, a o likwidacji barier nawet nie wspomnę. Każdy rodzic musiał sam troszczyć się o leczenie chorego dziecka.

Czytając teksty nawołujące do usuwania chorych dzieci czuję się upokorzona, bez prawa do życia. Porównując schorzenia: czy człowiek noszący okulary też może być piętnowany? Gdzie jest człowiek idealny, zdrowy i piękny? Chyba nikt się za takiego nie uważa. Dlaczego więc Czarne Kobiety uważają, że tylko z tych chcianych ciąż urodzi się idealne potomstwo?


15 marca 2018 r.

Niemocni

Patrząc na ludzi wokoło mam wrażenie, że ciągle za czymś gonią, skarżąc się, że doba jest dla nich za krótka. Praca, dom, dzieci - te zajęcia pochłaniają dużo czasu, że braknie go dla samych siebie. Nikt z młodszego pokolenia nie zauważa, że niektórzy mają nadmiar wolnego czasu i wcale nie są z tego powodu zadowoleni.

Niemocni?

Kiedyś byli zdrowi, silni, mocni, przydatni każdemu. Wychowali dzieci, niektórzy doczekali zasłużonej emerytury. Potem zostali sami, bo dzieci założyły własne rodziny, a współmałżonkowie odeszli w inny wymiar czasu. Samotność boli ale jeszcze bardziej boli choroba. Często w starszym wieku unieruchamia udar, paraliż. Te osoby stają się niepełnosprawne bez możliwości wyjścia z domu. Jedynym kontaktem ze społeczeństwem jest w tym przypadku przejazd transportem medycznym do lekarza lub na szpitalny oddział. Codzienne sprawy załatwia przydzielona opiekunka z MOPS, nierzadko niezadowolona ze stanu zdrowia swojej podopiecznej. Nikt z sąsiadów lub bardzo rzadko zapuka w drzwi starszej osoby, porozmawia, zapyta się o jej potrzeby. Chory zostaje więc z oczami utkwionymi w sufit, z kłębiącymi się w głowie myślami. Tylko pozornie jest słaby. Jego mocą jest trwanie, godzenie się z życiem i uciekającym czasem.

Rozrywka i umierająca azalia

Jedyną rozrywką w tym przypadku jest telewizor. Bogaty program wciąga w świat seriali. Czasami zaciekawią programy społeczne o prawach człowieka, o tym, że za mało jest Klubów Seniora w danym mieście, że za mało jest rozrywek i miejsc dostępnych dla ludzi starszych, dla których los był łaskawszy, bo mogą poruszać się o własnych siłach.

Co mają powiedzieć leżący, czekający na pomocną dłoń? Być może po policzku popłynie łza lub grymas ironii i niezadowolenia. Może niejeden zaklnie na niesprawiedliwość losu? Azalia, którą otrzymali z Urzędu na Dzień Chorego już dawno uschła i wylądowała w koszu na śmieci. Nikt nie pytał, czy będzie miał kto ją pielęgnować. Tylko chory patrzył na usychające jej kwiaty i opadające listki. Bez wody wszystko umiera i bez miłości także.


7 marca 2018 r.

Pożółkłe zdjęcia

Któż z nas nie lubi oglądać starych zdjęć? Niektórzy mają je w swoich rodzinnych albumach i w chwilach nostalgii za bliskimi osobami patrzą na pożółknięty papier, jak na świadka minionych lat.

Świat w kolorach

Obecnie możemy robić i podziwiać kolorowe zdjęcia. Są bliższe naszym czasom i wiernie oddają barwę stroju i mimikę twarzy. Papier na którym są wywołane jest lepszej jakości, dłużej zachowuje swoją świeżość, a kolor pozostaje niezmienny. Osoby uchwycone w kadrze pozostają niezmienne na długie lata. To od nas zależy ich trwanie.

Obrazy z przeszłości

Kilka dni temu dostałam w spadku parę starych fotografii. Z pożółkłych zdjęć spoglądają oczy dawno już wygasłe lecz nie mniej kochane… nie odtworzy ich czas, ani nawet najnowszy program do retuszu zdjęć. Często podrapane, z oddartym rożkiem, ale z piękną pozą fotografowanych. W zapomnienie odeszły dawne stroje weselne: welony upięte tuż nad czołem, sukienki mającej kolor sepi, kwiaty też pożółkłe od upływu lat. Jednak nasze dłonie odkrywają je na nowo, jakby pobudzały do życia uśpionych ludzi tych z fotografii. Wyobraźnia przenosi nas w miejsca, które już nie istnieją, a jednak są w naszej pamięci. Przenoszą nas jak sny w miejsca odległe. Dają odpoczynek i wytchnienie po dniu mokrym od łez. Zwyczajne kartki papieru okolone chropowatą rameczką wciskają się w serce i wyobraźnię. Czasami przywołują łzy wzruszeń za utraconym rajem dzieciństwa, za drogimi osobami, które nie wrócą już nigdy, a tylko kruchy papier będzie odzwierciedleniem ich twarzy. Stare domy na równie starej fotografii przywołują na pamięć sprzęty domowe używane w tym mieszkaniu, okolicę i ludzi, którzy tam egzystowali. Uśmiech z fotografii przywołuje także uśmiechy na naszych twarzach. Szczęście malujące się na obliczu ze zdjęć naszych bliskich jest dla nas radosnym wspomnieniem, podziękowaniem do losu, że kiedyś dane nam było wspólnie przeżyć kawałek życia, które teraz zamknięte jest w albumie wspomnień.


28 lutego 2018 r.

Ciąg dalszy afery balkonowej

Pisząc poprzedni artykuł miałam cichutką nadzieję, że będzie on ostatnim z serii: „afera balkonowa”. Myślałam, iż zebranie zwołane w sprawie budowy balkonów na parterach i przegłosowanie w tej sprawie ustawy złagodzi mój konflikt z sąsiadami i każdy z nas będzie usatysfakcjonowany. Niestety, myliłam się! Czuję się w obowiązku o tym napisać, ponieważ wiem, że wielu mieszkańców naszego miasta śledzi moje zmagania się w tej mojej „złotej klatce”.

Przebieg Zebrania

Chciałam być uprzejma i sąsiadom pomocna w sprawie budowy balkonów. Upoważniłam Mamę, aby w moim imieniu zagłosowała, wyrażając zgodę na tę ich inwestycję. Już na początku Zebrania moi sąsiedzi zapomnieli w czyjej sprawie zostało ono zwołane. Widząc moją Mamę rozpoczęli nową batalię o balkon i podjazd zarzucając jej nieuzasadnione kłamstwa twierdząc, że podjazd szpeci cały blok, i miał być usytuowany w innym kierunku i że powinnam zrobić sobie windę na korbkę  Nawet jedna z pań wysyłała Mamę do spowiedzi. Jedna z naszych parterowych sąsiadek powiedziała nawet, że będzie zapisywała moje powroty do domu! Czy w ten sposób powinno przebiegać Zebranie? Dlaczego Przewodniczący i administrator budynku nie zareagował zażegnując tę jarmarczną kłótnię potwierdzając, że wszystko z naszej strony jest zrobione zgodnie z planem budowlanym? Inna opcja budowy mojego podjazdu nie mogła zostać zrealizowana, gdyż po drugiej stronie przebiegają media i kanały ciepłownicze, a to wszystko nie mogło być naruszone. Mam żal, że na tym zebraniu urzędnicy schowali głowę w piasek wystawiając Mamę na takie nieprzyjemności A przecież tam została podpisana i złożona cała moja dokumentacja.

Mama oczywiście podpisała zgodę na budowę balkonów, ponieważ obie uważamy, że każdy mieszkaniec powinien go posiadać.

Znawcy piękna

Esteci mieszkający w naszym bloku nigdy nie zapytali mnie, kto zanieczyszcza podjazd wraz z balkonem. Jeżeli dbają o piękne środowisko powinni walczyć ze zgniłymi odpadami spadającymi z wyższych balkonów. Czemu razi ich mój podjazd? Dbają o estetykę elewacji bloku, a nie dbają o odczucia niepełnosprawnych ludzi. Nikt nie wie, ile razy obie z Mamą przewróciłyśmy się na tych siedmiu schodkach zanim wybudowano mi ten nieszczęsny podjazd. Nikt z naszego bloku nie zapytał czy mógłby mi w czymś pomóc. Nasze znajome z innych bloków widząc, jak się gramolimy po schodach podbiegały i pomagały nam wejść do mieszkania.

Teraz sąsiedzi ujrzeli podjazd - cudowne uzdrowienie ze ślepoty? Szkoda tylko, że nie widzą niepełnosprawności, na którą przecież oni też mogą zapaść nawet w wyniku starości.


22 lutego 2018 r.

„Prototyp”

Czy człowiek może być prototypem dla innych? Okazuje się, że tak. Z niemałym zdziwieniem stwierdziłam, że to ja powinnam nosić tę ksywkę.

Przecieranie szlaków

Od początku mego istnienia gdziekolwiek się zjawiłam byłam postrzegana, jako osoba wymagająca specjalnych warunków do życia z których notabene potem inni także korzystali. Począwszy od Szkoły Podstawowej, a skończywszy na uczelni wyższej. Indywidualny tok nauczania nie był powszechny w latach mojej edukacji. To dobrodziejstwo trzeba było wydeptać stopami Mamy, która nie nadążała przy tym odpowiadać dociekliwym, po co mi nauka? Obecnie nikogo nie dziwi już fakt, że niepełnosprawne dziecko uczy się w domu pod kierunkiem nauczyciela.

Ucząc się na uczelni wyższej w pierwszych miesiącach nie było mi łatwo. Czteropiętrowy gmach budynku nie był przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych studentów. I tu też byłam pierwsza. Władze uczelni dostrzegli problem i pewnego dnia na hollu zobaczyłam windę przychodową, która wtedy była wyłącznie do mojej dyspozycji, zamykana na kluczyk. W teraźniejszych czasach nikt nie wyobraża sobie uczelni bez windy. Szkoda, że w blokach mieszkaniowych nie ma takiego przywileju, ale za parę lat… kto wie?

Dalsza część mojej drogi

Chyba każdy w naszym mieście już wie, że z powodu braku windy musiałam opuścić mieszkanie, w którym przeżyłam szczęśliwe młode lata. Choroba moja i Mamy nie pozwoliła nam wdrapywać się na trzecie piętro. Tam miałam balkon. W nowym mieszkaniu też chciałam mieć balkon i podjazd, aby chociaż w minimalnym stopniu usprawnić i ułatwić sobie życie. I znów zaczęły się pytania: po co wam taki duży balkon i szeroki podjazd? Już przestałam się tłumaczyć, bo znałam swoje prawa i wszystko zgodnie z nim zrobiłam, ku niezadowoleniu zazdrosnych sąsiadów z parteru i nie tylko…

Nie dawniej, niż w ubiegłym tygodniu otrzymałam zawiadomienie od administratora budynku w sprawie zebrania. Wczytując się w pismo dowiedziałam się, że owo zebranie odbędzie się m.in. na wniosek sąsiadów, którzy chcą rozpocząć budowę kilku balkonów w naszym bloku. Na marginesie dodam, że są to ci sąsiedzi, którym najbardziej przeszkadzał mój podjazd i balkon. A więc nadal jestem prototypem! W duchu śmieję się, iż przyszłam tu po to, aby pokazać, ile rzeczy niemożliwych można wykonać, jeżeli tylko się chce.


16 lutego 2018 r.

Koncert „Ballady na dwa serca”

„Ballady na dwa serca” to koncert Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego – duetu, który podbija serca publiczności na licznych festiwalach, zdobywając czołowe miejsca. Piosenek ich z repertuaru mogliśmy posłuchać w ostatkowy, a zarazem przed Walentynkowy wieczór w Sali kameralnej Miejskiego Ośrodka Kultury w Świdniku.

Rosyjskie Ballady

Już w pierwszych minutach koncertu artyści stworzyli niepowtarzalny klimat podwójnego w okazje wieczoru. Nostalgiczne Ballady rosyjskie przypominały czasy Aleksandra Puszkina, Bułata Okudżawy, Włodzimierza Wysockiego oraz Żanny Biczewskiej.

Ballady śpiewane w języku polskim i rosyjskim przy akompaniamencie gitar przenosiły świdnicką publiczność w świat wyobraźni o srogich moskiewskich zimach, matce roniącej łzy za odchodzącym w świat synem. Refleksyjna „Modlitwa” wciąż aktualna w dzisiejszym świecie niejednemu słuchaczowi przypomniał zapomniane już wartości, którymi powinien żyć każdy z nas. To są tylko nieliczne tytuły odśpiewanych piosenek.

Szanty i dawne piosenki

Repertuar Dominiki Żukowskiej i Andrzeja Koryckiego zawiera również piosenki żeglarskie oraz stare nieco zapomniane już przeboje, które ożyły dzięki wspaniałym głosom tego niepowtarzalnego i bezkonkurencyjnego duetu ceniącego sobie poezję śpiewaną. Już po kilku taktach piosenki cała widownia Sali kameralnej nuciła szanty oraz szlagiery dla zakochanych. Wszystko to było okraszone przerywnikami czyli opowiadaniami pana Andrzeja Koryckiego, ubarwionymi humorem i wspomnieniami okresów, w których dana piosenka powstała. Współczesne utwory tworzył sam Artysta. Pani Dominika Żukowska filigranowa kobietka obdarzona ciepłą barwą głosu ubogacała swoim talentem wokalnym całe to ostatkowe wydarzenie. Tekst, muzyka i głos to wspaniały komplet, który odpręża, wycisza i relaksuje. I trochę mi żal… że odjechali. Mam jednak nadzieję, że nie był to ostatni koncert tych dwojga Artystów w naszym gościnnym mieście.


8 lutego 2018 r.

Torebka

Niemal każda kobieta nie wyobraża sobie życia codziennego bez torebki. Stanowi ona nieodzowny element naszego ubioru. Zwykle dopasowujemy torebkę, aby współgrała z kolorystyką butów lub innej części naszego stroju. I chociaż bardzo często cokolwiek w niej znaleźć torebka daje nam poczucie bezpieczeństwa, że wszystko mamy pod ręką.

Moja wizytowa torebka

Zawsze jest przy mnie tzn. w zasięgu ręki, a właściwie stopy. Nie jest mi obojętne, jak wygląda. Lubię jak jest w moim ulubionym kolorze. Musi być wygodna, posiadająca wiele przegródek. Co w nie wkładam? Lepiej niech to zostanie tajemnicą, którą odkrywają dopiero ci, którym pozwalam zajrzeć do mojej przepastnej torebki. Jestem dumna, gdy ktoś podziwia nie tylko jej urodę, ale także jej funkcjonalność. Zabieram torebkę do znajomych, na koncerty, do teatru, a także na bale. Dla jednych jest to zupełnie naturalne, że mam przy sobie torebkę – jestem przecież kobietą. Inni natomiast dziwią się, czemu ją ze sobą noszę, jeśli sama nie mogę do niej zajrzeć. Odpowiadam takim osobom, że też potrzebuję wysmarkać nos i poprawić makijaż, a wszystkie potrzebne akcesoria mam właśnie w torebce – jakby nikt tego nie wiedział. Małe dziewczynki chodzą z tymi atrybutami kobiecości, dlaczego więc ja dorosła (i co z tego, że niepełnosprawna?) kobieta miałabym z niej rezygnować?

Torebka na dachu

To zdarzenie miało miejsce parę lat temu. Wracałam z kolegą z bardzo wystawnego balu. Maj, poranek zielony, śladowe ilości wina... do domu podwoził nas drugi kolega, który dla nas nie wypił kropli alkoholu, ponieważ zobowiązał się robić za szofera. Po przyjeździe pod nasz blok zaczęliśmy się rozpakowywać z samochodu: najpierw wystawiono mój wózek, a potem mnie. W międzyczasie kolega postawił moją kopertówkę na dachu samochodu, aby o niej rzecz jasna nie zapomnieć. No i zapomniał! Samochód ruszył. Na szczęście to ja zobaczyłam, jak moja zguba oddala się na dachu odjeżdżającego z parkingu auta.

- Moja torebka odjeżdża - krzyknęłam na cały głos, który rozległ się na całe osiedle.

Kolega zaczął dawać dziwne znaki mając nadzieję, że nasz kierowca zobaczy te wygibasy. Niestety, trzeba było użyć telefonu, aby zatrzymać odjeżdżającego szofera. W taki oto sposób odzyskałam torebkę podróżniczkę, która chciała przejechać się na gapę, aż poza granice Lublina.

Nauczona tym doświadczeniem zmieniłam kolejność wypakowywania, torebkę teraz zawsze mam przy sobie.


28 stycznia 2018 r.

Kolędowaliśmy wraz…

W ostatnią sobotę stycznia wieczorem sala kameralna MOK po brzegi wypełniła się ludźmi kochającymi śpiew kolęd i pastorałek. I chociaż pogoda w tym dniu nie zachęcała do wyjścia z domowych pieleszy uczestnicy spotkania rozgrzani byli ciepłą jeszcze świąteczną atmosferą oraz gorącymi owacjami na cześć występujących wokalistów.

„Kolędujmy wszyscy wraz…”

Pod tym właśnie tytułem rozpoczął się program, który zachęcił Świdniczan - i nie tylko - do ostatniego w tym roku wspólnego kolędowania. Pan Andrzej Wiśnioch pełniący rolę konferansjera całej imprezy już na początku wprowadził uczestników w świat wspomnień, dzieciństwa, kiedy to wszyscy oczekiwali postniku, przywołał na pamięć zapach potraw oraz blask pierwszej gwiazdy. Wśród wykonawców kolędowania byli najmłodsi i oni poszli na pierwszy ogień. „Zefirki” z Przedszkola nr 4 w Świdniku odśpiewały i odtańczyły radosne piosenki mówiące o srogiej zimie i ciepłym klimacie świąt Bożego Narodzenia. Słowa uznania należą się pani Annie Dryl za perfekcyjne przygotowanie małych artystów.

W naszych gościnnych progach

Po tym wesołym występie scenę sali kameralnej wypełnili goście: Sitawianie. Bogaty repertuar chóru rodem z Sitańca przypomniał słuchaczom znane, a także te już zapomniane kolędy i pastorałki zapisane w starych kantyczkach. Jak się okazuje sztuka nigdy nie umiera lub zmartwychwstaje przy każdym jej odtwarzaniu.

Nasz rodzimy chór Arion także wystąpił ze wspaniałymi kolędami, które przypominały dzieciństwo, drogę na Pasterkę oraz samą adorację żłóbka. Melodyjność tych utworów łatwo wpada w ucho, a proste słowa bez problemu można zapamiętać na długie lata.

Śpiew i muzyka przeplatana była poezją bożonarodzeniową księdza Janusza Kozłowskiego. Utwory recytowała pani Monika Lechnio - Lewicka. Jej piękny głos oraz głębokie w treść teksty wierszy wprowadzały ciszę w serce oraz nostalgię za minionym czasem dzieciństwa.

Jeszcze tylko wspólne życzenia w rytmie pastorałki oraz słowo Burmistrza Waldemara Jaksona, który zaszczycił uczestników swoją obecnością oraz objął patronat nad tą niezapomnianą imprezą...

Wychodzący z tego radosnego spotkania nucili coś pod nosem. Jestem pewna, że były to dawne pastorałki, przypomniane dzięki odtwórcom i organizatorom tego wydarzenia.


25 stycznia 2018 r.

Pomieszanie pór roku

Jesienią pisałam o przyśpieszaniu czasu przez ludzi, głównie przez sklepy prywatne i supermarkety. Ta manipulacja ma cel komercyjny. To, że parę dni po Wszystkich Świętych na półkach sklepowych pojawiają się bożonarodzeniowe akcenty nikogo już nie dziwi. Takie są prawa handlu. Bardziej teraz szokuje nas natura, która również przyśpiesza swój rozwój.

Kwiaty w styczniu

Przechadzając się ulicami naszego miasta, podziwiałam świąteczne uliczne dekoracje. Jakież było moje zdziwienie, gdy na jednym z klombów ujrzałam kwitnącą różę. W tym dniu co prawda nie było mrozu, ale lada dzień słupek rtęci na termometrze miał się obniżyć. Patrząc na delikatne płatki kwiatu oczami wyobraźni widziałam kres jego żywota. Ten sam los czekał rozwijające się magnolie, bazie i inne krzewy, które zwiodła podstępna aura. Przy dodatniej temperaturze również drzewa owocowe wypuszczają pączki. Ocieplenie klimatu coraz częściej naraża przyrodę na niebezpieczeństwo późniejszych przymrozków, a nawet mrozów przed którymi praktycznie nie sposób zabezpieczyć budzącej się przedwcześnie przyrody. Przy takim przyśpieszonym rozwoju drzew nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy z chwilą nadejścia mrozów drzewa obronią się same i zaowocują w czasie do tego przeznaczonym.

Choinka w domu?

Kolejnym naocznym przykładem jest moja choinka. Kupiłam ją tuż przed wigilią. Drzewko jest w dużej donicy, jest podlewane i chyba ma się dobrze. Od połowy stycznia zobaczyłam, że świerk zaczął ewidentnie rosnąć i wypuszczać młode pędy, a wśród starszych gałązek pojawiły się młode szyszki. Obok wiszących sztucznych świecidełek są te naturalne, bardziej cieszące oko. Pojawił się problem, co zrobić z rozebranym drzewkiem. Żal wystawiać je na mróz, który zniszczy młode szyszki i gałązki.

Patrząc na te anomalia natury zastanawiam się kto kogo chce wyprzedzić: człowiek czas i naturę, czy natura człowieka? I po co ten niepokojący pośpiech?


19 stycznia 2018 r.

Na zapisy…

Od paru lat przychodnie specjalistyczne oraz inne instytucje łącznie z salonami usług praktykują zapisywanie pacjentów, petentów i klientów na umówiony termin. Być może jest to dobra metoda na unikanie długich kolejek. Jednak nie zawsze, zwłaszcza gdy toczy się walka o życie, gdzie czas odgrywa tu znaczącą rolę.

Zapisy do lekarza

Obecne czasy nie należą do łatwych, jeśli chodzi o zachorowalność społeczeństwa. Przeraża coraz większa umieralność młodych osób. Najczęściej są to choroby kardiologiczne, onkologiczne i układu pokarmowego. Media uczulają iż wczesna profilaktyka może w znacznym stopniu zapobiegać rozwojowi chorób, a zatem zmniejszeniu umieralności. W praktyce jest jednak zupełnie inaczej. Idąc na badanie ze skierowaniem do specjalisty musimy liczyć się z długim okresem oczekiwania na wizytę lekarską. Nie jest to problem dla osób, u których „fałszywy alarm” wywołuje panikę. Jednak co się stanie, jeżeli jest to początek groźnej choroby, gdzie czas 3-4 miesięcy może okazać się zabójczy?

Byłam świadkiem rozmowy telefonicznej, gdzie lekarz zadzwoniła przypominając o zbliżającej się umówionej sprzed pół roku wizycie. Niestety, pacjentka ta zmarła. Jaki sens ma profilaktyka, jeśli sami lekarze nie mogą lub nie chcą przyjąć jak najszybciej chorego człowieka?

W salonie fryzjerskim

W zakładach usługowych też nie zostaniemy załatwieni bez wcześniej umówionych terminów. Posłużę się tu kolejnym przykładem. Pewna pani stwierdziła, że podcięcie grzywki w salonie fryzjerskim to kwestia paru minut. Niestety, myliła się. I tu kazano jej czekać około 3 tygodnie…

Minęły czasy, gdy wpadała z ulicy zdyszana pani z zakupami w ręce i siadała na fotel fryzjerski, by w ciągu 30 minut poprawić sobie fryzurkę i przy okazji swój nastrój. Lekarze też byli bliżej pacjentów. Zachorowalność nie była wtedy też większa mimo milczenia mediów i braku różnych organizowanych akcji typu: „Dzień różowej wstążki”.

Mówi się, że zapisy na wizytę lekarską lub na wizytę do salonu kosmetycznego to szanowanie naszego czasu. Jest to bardzo wątpliwe stwierdzenie, zwłaszcza gdy w chorym organizmie toczy się walka z czasem.


 

Najczęściej czytane

  • Czas na Air Festival
    Czas na Air Festival Pierwszy świdnicki Air Festival zbliża się wielkimi krokami. Właśnie ruszyła…
  • Lotnicze święto (sobota)
    Emocjonujący weekend pełen zapierających dech pokazów, niezwykłych akrobacji, wystaw sprzętu…
  • Z Lotem do stolicy
    Z Lotem do stolicy Już dziś ruszyła sprzedaż na nowe połączenie ze świdnickiego lotniska.…
  • Czas na baseny!
    Czas na baseny! Mamy pierwsze wizualizacje kompleksu krytych i otwartych pływalni, które powstaną…
  • Lotnicze święto (niedziela)
    Emocjonujący weekend pełen zapierających dech pokazów, niezwykłych akrobacji, wystaw sprzętu…
  • DSC_0645
  • DSC_0617
  • DSC_0567
  • mural-4
  • dsc_0586
  • DSC_0586
  • mural-7
  • DSC_0579
  • DSC_0560
  • DSC_0600
  • DSC_0621